Historia Kasi

Sama nie wiem od czego zacząć, nie wiem od czego zaczyna się takie historie, raczej smutne, choć jest iskierka nadziei na dobre zakończenie.

Tak w sumie to od czego zaczyna się historia uzależnienia? Od dzieciństwa, przemocy i alkoholizmu ojca? Od pierwszego piwa, papierosa? A może od pierwszej trawki? A może to skłonności genetyczne, czyli w momencie, gdy powstawałam moje uzależnienie było już przesądzone.

Nie wiem. Nie wiem tego na pewno, ale gdzieś w głębi czuję, że to już zaczęło się w dzieciństwie. Już wtedy prosiłam Boga, aby zrobił coś, żebym już nic nie słyszała, żebym nic nie czuła. Pamiętam do dziś powroty ze szkoły podstawowej, w głowie tylko jedna myśl. Przez całą drogę zastanawiam się, czy tata będzie pijany, czy mama zrobi mu awanturę. Czy będzie mnie i mojego brata bił, powód nie był ważny. Przeważnie okazywało się, że ojca jeszcze nie ma w domu a to oznaczało tylko jedno- wróci nawalony. Teraz sama nie wiem czemu tak się dużo uczyłam, miałam same piątki, wzorowe zachowanie, byłam idealna. Zrobiłabym wszystko, aby usłyszeć, że są ze mnie dumni. Nie usłyszałam (kwoli ścisłości to usłyszałam, ale dopiero w wieku 20 lat, gdy zaczęłam ćpać. Wtedy matka powtarzała, że przecież byli ze mnie tacy dumni i nie rozumieją, czemu ja teraz sięgam po narkotyki). Może na swój sposób jakoś mi to okazywali, tata płacił mi pieniądze za dobre oceny. Raczej nie pamiętam niczego błogiego i miłego z dzieciństwa, moim marzeniem było dorosnąć i uciec z domu. Starałam się za wszelką cenę nie myśleć, nie czuć, bo to sprawiało mi to ogromny ból.

Próbując heroiny w wieku 20 lat znalazłam swój sposób, aby nie czuć. Przez całe liceum piłam sporo alkoholu, ale nie widziałam w tym problemu. Piłam, bo inni też pili w sumie było mi to na rękę. Po kilku miesiącach ćpania, nagle towar się skończył w mieście. A tu już straszne bóle, spać nie można i życie nie ma sensu. Ćpałam z chłopakiem i jego kolegami. Wpadliśmy na pomysł, heroiny nie ma, ale jest amfetamina, kto wie, może pomoże. Pomogła, gdy człowiek ma do wyboru albo bezsenne noce na amfetaminie albo bezsenne noce w bólach spowodowanych brakiem heroiny zawsze wybierze to pierwsze. Tak mniej boli, przynajmniej przez jakiś czas.

Tak był początek w sumie 10 lat ćpania.

W międzyczasie wydarzyło się małżeństwo, rozwód, kolejny związek. Faceta poznałam w Monarze, po wyjściu rozpoczęliśmy wspólną przygodę z narkotykami. O wiele bardziej „hardcorową”, były zapaście, omdlenia z przedawkowania, awantury, przemoc. Ówczesny partner przetestował na mnie wszystkie rodzaje przemocy jakie tylko istnieją. A ja wciąż do niego wracałam, nie miałam innego celu w życiu niż się naćpać lub napić, a z nim mogłam. Przez pewien okres w swoim życiu uważałam, że nie jestem nic warta, że niczego nie ma przede mną. Tylko smutek, tylko rozpacz. Modliłam się do Boga, aby mnie zabił. Nie chciałam cierpieć, a nie miałam siły, nie wiedziałam jak z cierpienia się wydobyć. W pewnym momencie zamieszkaliśmy w garażu przy domu jego matki, no bo już nie było gdzie. Nie mieliśmy pracy, nie mieliśmy niczego. Tylko swoje wstrętne i obrzydliwe towarzystwo. Spaliśmy na dmuchanym materacu. Na początku seks z nim po narkotykach był fajny, nawet fajny. Później już nawet to nie sprawiało mi przyjemności. Brzydziłam się nim (po tylu gwałtach), brzydziłam się sobą. Jeśli smutek i rozpacz może mieć koniec to ja chyba właśnie na taki koniec dotarłam i gdy patrzyłam kolejny raz jak od godziny on próbuje wbić sobie igłę w szyję zdałam sobie sprawę, że bardziej odrażający, smutny i beznadziejny obraz po prostu nie istnieje. Postanowiłam to rzucić. Oczywiście to nie był pierwszy raz. Już wielokrotnie wychodziliśmy z ciągu na kilka miesięcy a potem znów powracaliśmy.

Jednak wtedy w styczniu 2013 coś było inaczej. Nie miałam niczego, nikogo, byłam na dnie takim, że modliłam się o śmierć. Próbowałam się zabić wielokrotnie, ale jedyne, na co się zdobywałam to łykanie tabletek nasennych i popijanie alkoholem. Nigdy to się nie udało. Wymioty, nudności i utrata przytomności. Tylko tyle, budziłam się jeszcze bardziej przerażona niż wcześniej.

Wtedy się udało, od wtedy nie biorę.

Minęło 2,5 roku. Znalazłam pracę, później następną, lepszą. Wyprowadziłam się z garażu. Zostawiłam tamtego mężczyznę. Mam teraz partnera, który nigdy nie był od niczego uzależniony (może z wyjątkiem czekolady). Ukończyłam terapię dla uzależnionych w Monarze, chodziłam na spotkania z terapeutką raz w tygodniu. Terapeutka okazała się być prawdziwym aniołem, który naprawdę chce pomagać innym.

Moje życie jest zupełnie inne. Jednak wciąż mam problemy z tym, aby przyznać sama przed sobą, że ćpałam i piłam i że byłam na dnie. Patrząc na mnie teraz, nigdy byście nie powiedzieli, że jestem po takich przejściach, ale nie wiem czy to dobrze.

Dziś ogarnęła mnie taka refleksja. Przez całe lata udręki z uzależnieniem myślałam sobie, jeśli kiedyś to rzucę to moje życie będzie cudowne, żadnych problemów. Nie będę się martwiła skąd wziąć na towar i gdzie go kupić. Zatem życie bez problemów. Tymczasem przekonałam się, że pokonanie zasadniczego problemu (życie w trzeźwości) to dopiero początek. Czasem mam wrażenie, że te wszystkie lata wypłukały mnie ze wszystkiego, że nie zostało już nic we mnie.

Jednak i tak warto o to walczyć. Warto poczuć życie takim, jakie naprawdę jest. To jest cholernie trudne, ale nie tylko dla nas uzależnionych, ale dla wszystkich ludzi. Myślę, że my mamy o tyle lepiej, że potrafimy docenić świat widziany na trzeźwo. Dla całej reszty to normalka. Dla nas to nowość i ogromna przygoda. Nawet jeśli nic Ci nie zostało to i tak warto. Wiem to na pewno.

Serdecznie pozdrawiam, Kasia