Historia Jarka

Witam wszystkich mi podobnych ludzi żyjących w oparach nałogu i wmawiających sobie, że nie mają problemu.

Mam na imię Jarek. Moje doświadczenia z alkoholem rozpoczęły się tuż po 18-tych urodzinach. Okazało się, że w przeciwieństwie do moich rówieśników miałem bardzo „mocną” głowę. Żadna impreza ani dyskoteka nie mogły się dla mnie odbyć bez spożycia zgrzewki browaru, przynajmniej 2 butelek wódy a jeżeli nie było szmalu to mogło to być 5 win marki JABOL.

Już po wyjściu z wojska gdzie też potrafiłem dla „jaj” 4 wody kolońskie „Brutal”. Największą frajdę sprawiało mi szukanie okazji do wypicia. Pracując w telekomunikacji i robiąc przyłącza telefoniczne na prywatnych posesjach, potrafiłem z kolegą wmówić 80-letniemu dziadkowi, że ma imieniny i wydębić od niego karton gorzały. Finał tego był taki, że miałem kolegium za potrącenie rowerem policjanta i potem ucieczka przed policyjnym radiowozem. Największą radochę mieli jego koledzy na komendzie.

Potem poznałem swoją przyszłą żonę i starałem się ustatkować. Na początku jakoś to było ale po zmianie pracy znów wpadłem w doborowe towarzystwo i zaczęły się nowe próby bicia rekordów. Na porządku dziennym było wypicie 6 czteropaków podczas koszenia trawy, a po zakończeniu 0,7 litra na dopicie.

Własny biznes, ciągły stres – aby nie wypaść z rynku, pogoń za pieniądzem powodowały, że każdą trudność czy niepowodzenie lub scysje z małżonką topiłem w alkoholu. Kładąc się spać na kanapie w salonie mając jak przypuszczam ok. 5-6 promili we krwi już musiałem mieć pod poduszką 0,5 litra na „klina”, który wypijałem nad ranem jednym duszkiem i znów następny dzień z głowy – zero stresu i różowe okulary. Tak mijały kolejne lata. Jedna córka, po sześciu latach druga a za każdym razem miał być syn lecz teraz nie żałuję, bo chłopak miałby odziedziczyć moje skłonności i D.N.A. do używek to mała strata.

Moje małżeństwo zaczęło się powoli rozsychać, ja sobie, żona sobie. Jedynym sposobem rozerwania się i odskoczni od szarego monotonnego egzystowania było picie, odwiedziny klubów go-go. Nie widziałem w tym nic złego, ogromne przetańczone pieniądze się nie liczyły, na wszystko było mnie stać. Zacząłem też eksperymenty z trawką. Wciąż bagatelizowałem swój problem z piciem a marycha stałą się moim nowym urozmaiceniem.

No i wtedy okazało się, że moje małżeństwo się posypało. Żona wdała się w bardzo toksyczny romans i nie potrafiła się z niego wyplątać. Ja na przekór wszystkim zacząłem się ogarniać. Zacząłem uprawiać sporty, schudłem 30 kg i odstawiłem używki. Trwało to ok. 10 miesięcy, lecz po którejś z kolei próbie ratowania związku, dałem sobie spokój. Na mojej drodze spotkałem kobietę tak samo jak ja sponiewieraną przez życie. Była dla mnie ideałem, ucieleśnieniem wszystkiego czego mi brakowało przez ostatnie lata.

Lecz wtedy znów poczułem się pewnie i zapomniałem do czego doprowadziło mnie picie i znów popłynąłem. Rozpoczął się istny maraton alkoholowy. Codziennie wlewałem w siebie po 3-4 butelki whisky lub innych wysokoprocentowych trunków. Trwało to ok. 3 tygodni, kiedy nie liczyłem już dni ani nie wiedziałem gdzie jestem, bo nie u siebie w domu. Okazało się, że przechowała mnie moja siostra i to mnie uratowało. Budząc się któregoś dnia w pijackim transie zobaczyłem nad sobą osobę w bieli – pomyślałem, że już po mnie. Okazało się, że to lekarz z pogotowia detoksykacyjnego, który podłączał mi już 6 kroplówkę. Dwa dni leżałem pół przytomny i nadeszła chwila refleksji i przemyślenia – dokąd mnie to życie doprowadziło.

Ostatkiem silnej woli i resztką rozsądku postanowiłem dać sobie ostatnią szanse i poszukałem pomocy w klinice leczenia uzależnień. Tam spotkałem ludzi mi podobnych, kadrę lekarzy i terapeutów, którzy sprowadzili mnie na ziemię, otworzyli mi oczy na wiele spraw i dzięki nim zrozumiałem, że jestem alkoholikiem i że z tą nieuleczalną chorobą da się żyć – należy tylko ją zaakceptować i postępować zgodnie z zaleceniami i wystrzegać się używek. Po skończonej terapii w ośrodku kontynuuje ją u siebie i chodzę na AA, które przypomina mi o moim uzależnieniu. Wiem, że wciąż czyhają na mnie zagrożenia, na każdym kroku wyzwalacze, miewam nawet głody i sny alkoholowe gdzie pochłaniam Balentaisa wiadrami i rano budzę się z bólem głowy i kacem. Na razie dzięki środkom farmakologicznym zachowuje już 2 miesiące abstynencji lecz wciąż nie wiem jak się zachowam po odstawieniu leków. Czy znów nie zapragnę wrócić do tego drugiego, lżejszego i kolorowego świata, który doprowadził mnie na krawędź i dzięki któremu przepieprzyłem jak przypuszczam kilka luksusowych aut a może i domów, lecz cóż łatwo przyszło, łatwo poszło a mój dalszy byt zależy tylko ode mnie i sam sobie życzę mądrzejszego dysponowania swoim zdrowiem i majątkiem chociażby dla dobra córek.

Jarek